czwartek, 28 marca 2013

Nie da się już wyżyć...

Siódma dwadzieścia, pierwsze promienie słońca budziły do życia śpiących jeszcze mieszkańców, którzy nieśpiesznie spacerowali chodnikami, chłonąc każdy powiew delikatnego wietrzyku, zwiastującego nadchodzącą, upragnioną wiosnę. Ci, których wzywały obowiązki zawodowe, zajmowali w pośpiechu miejsca siedzące w środkach komunikacji publicznej, odwracając głowy w stronę szyby. Oby tylko nie spotkać błagalnego wzroku posiwiałych starców, trzymających się kurczowo poręczy. Czasem nawet kobiety w ciąży obawiając się kwaśnych min współpasażerów, ciężko dźwigających się z siedzeń, wolą przemilczeć kilka przystanków. Wszechobecna znieczulica.

Wypastowane lakierki, garnitur z markową metką, idealnie białe zęby i ten błysk w piwnych oczach. Zdecydowany męski zapach tworzący swoistą aurę wokół jego osoby nie pozwalał skupiać myśli. Przystojny, szarmancko podał dłoń wsiadającej kobiecie w średnim wieku z wielką walizą u boku. Jakby cały świat leżał u jego stóp. Prezes, właściciel, człowiek sukcesu, takie określenia cisnęły się na myśl.

Wysiadł na przystanku niedaleko kina. Szum ulic mieszał się tu z orientalną muzyką wylewającą się przez otwarte drzwi baru z kebabem, zapachem drożdżówek z najlepszej w mieście cukierni i płaczem małego dziecka, któremu mama nie chciała kupić Kinder Niespodzianki. Zmierzał pewnym krokiem na parking. Lśniące ciemne włosy odbijały hebanowe refleksy, a woń piżma, jaką pozostawiał za sobą, ciągnęła mnie jak na sznurku.

Wsiadł do srebrnego sedana klasy D, odpalił silnik i ruszył przed siebie. Straciłam go z oczu...

Telefon. Młody mężczyzna poszkodowany w wypadku samochodowym. Był pasażerem. Na rondzie inny pojazd nie zdążył wyhamować i uderzył w tył pojazdu. Pasy były zapięte, ale uderzenie na tyle mocne, by spowodować urazy głowy. Pogotowie, policja, notki. Umawiamy się, by podpisać umowę.

Ten błysk w oku. Zaraz, zaraz, skąd ja go kojarzę? Potargane włosy, dres z lampasami, adidasy. Gdzie ja mogłam go spotkać? Przechodzi obok mnie. Ciężkie piżmo! Już wiem! To on? Tak się zmienił? W sumie się nie znamy, to tylko ja zapamiętałam jego. On pewnie nawet mnie nie widział. Siedzę cicho i słucham.

Jest od dłuższego czasu bezrobotny, nie ma pieniędzy na leczenie i diagnostykę w prywatnych placówkach, więc prosiłby o wniesienie także o zwrot kosztów. Zorientowany. Standardowa procedura. Wypłata i uściśnięcie dłoni.

Jak szybko można stracić to, co się posiada. Minęły zaledwie 2-3 miesiące od kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Rozmyślanie przerwał mi kolejny telefon...

Środa, koniec dnia, telefon. "Dzień dobry! Tu Artur. Miałek kolejny wypadek. Czy możemy się spotkać? Najlepiej jeszcze dzisiaj." Patrzę na zegarek, godzina do wyjścia. "Dobrze, za 15 minut?", "Będę".

Kurtka pilotka, dresy z lampasami, sportowe obuwie i ten sam błysk w oku. Znów stłuczka. Znów nie on kierował pojazdem. Sprawcę pewnie oślepiło słońce. On nadal nie może znaleźć pracy. Tym razem uderzenie było silniejsze. Liczne stłuczenia, skęcona kostka. "Ma Pan pecha". "Niestety, nie da się ukryć." - zabłysnął w uśmiechu rzędem równiutkich, białych zębów. Umowa, ma dostarczyć dokumenty. Inny ubezpieczyciel. Procedura uruchomiona.

Piątek, godzina 7:30, jadę do pracy. Jak dobrze, że jest już wiosna. Niedługo będę mogła zatopić się w zwiewnych sukienkach i z kapeluszem słomkowym na głowie brodzić brzegiem morza, chłonąc cudną, orzeźwiającą bryzę. Poczuć zapach... właśnie, skąd zapach piżma? Odruchowo odwracam głowę. Elegancki garnitur, bordowy krawat, telefon w dłoni. I tak by mnie nie zauważył. "No hej. To co? Za 10 minut na parkingu? Wybrałeś już miejsce? Nie, tam było ostatnio. Mogą się doczepić. Dobra, to na razie!" Serce zaczęło mi mocniej bić. Próbuję poukładać myśli. Może nie chodziło o to, może to jakaś inna sprawa. Wysiadam.

Środa, południe, telefon. Miał wypadek. W piątek. A jednak! Tym razem on był za kółkiem. Czy możemy się spotkać? Co tu powiedzieć? "A ile mogę dostać tym razem?", "Musimy najpierw porozmawiać. Zapraszam, jeśli może Pan chodzić". "Mogę". "Do zobaczenia".

"Jak to tego doszło?" Ktoś wjechał w bok samochodu. On jest niewinny. Znowu. Był z nim pasażer. Ma złamaną nogę. Aha. Pytam, który to już raz. Cisza. Ponawiam pytanie. "Kilka razy." Ile to jest kilka? Trzy, pięć, dziesięć? "Powinien Pan na siebie uważać. Może warto przez jakiś czas unikać samochodu". Próbuję zażartować, wyczuć go. "Pewnie tak byłoby najlepiej. Ale szukam pracy, więc muszę się przemieszczać". "Jakiej pracy Pan poszukuje?" "Najczęściej jako handlowiec. Zazwyczaj mam wypadki, kiedy jadę na rozmowę kwalifikacyjną. I wtedy o pracy mogę zapomnieć. A z takich kwot, jak teraz wypłacają z ubezpieczeń to wyżyć się już nie da." "A kiedyś się dało?" Próbuję go podebrać. "Kiedyś wypłaty były wyższe, ale kiedyś to się..." Chrząknięcie, chyba zorientował się, że powiedział za dużo. Przyjęłam dokumenty, życzyłam dobrego dnia. Weszłam do pokoju i opadłam na fotel...

Myśli przelatują mi przez głowę z prędkością błyskawicy...

Prokuratura zajęła się jego kolegą - kierowcą. Kilkanaście spraw. Ustawki. Artur też dostał już telefon...

A mogło być tak pięknie... i ten błysk piwnych oczu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz