Siódma dwadzieścia, pierwsze promienie słońca budziły do życia śpiących jeszcze mieszkańców, którzy nieśpiesznie spacerowali chodnikami, chłonąc każdy powiew delikatnego wietrzyku, zwiastującego nadchodzącą, upragnioną wiosnę. Ci, których wzywały obowiązki zawodowe, zajmowali w pośpiechu miejsca siedzące w środkach komunikacji publicznej, odwracając głowy w stronę szyby. Oby tylko nie spotkać błagalnego wzroku posiwiałych starców, trzymających się kurczowo poręczy. Czasem nawet kobiety w ciąży obawiając się kwaśnych min współpasażerów, ciężko dźwigających się z siedzeń, wolą przemilczeć kilka przystanków. Wszechobecna znieczulica.
Wypastowane lakierki, garnitur z markową metką, idealnie białe zęby i ten błysk w piwnych oczach. Zdecydowany męski zapach tworzący swoistą aurę wokół jego osoby nie pozwalał skupiać myśli. Przystojny, szarmancko podał dłoń wsiadającej kobiecie w średnim wieku z wielką walizą u boku. Jakby cały świat leżał u jego stóp. Prezes, właściciel, człowiek sukcesu, takie określenia cisnęły się na myśl.
Wysiadł na przystanku niedaleko kina. Szum ulic mieszał się tu z orientalną muzyką wylewającą się przez otwarte drzwi baru z kebabem, zapachem drożdżówek z najlepszej w mieście cukierni i płaczem małego dziecka, któremu mama nie chciała kupić Kinder Niespodzianki. Zmierzał pewnym krokiem na parking. Lśniące ciemne włosy odbijały hebanowe refleksy, a woń piżma, jaką pozostawiał za sobą, ciągnęła mnie jak na sznurku.
Wsiadł do srebrnego sedana klasy D, odpalił silnik i ruszył przed siebie. Straciłam go z oczu...
Telefon. Młody mężczyzna poszkodowany w wypadku samochodowym. Był pasażerem. Na rondzie inny pojazd nie zdążył wyhamować i uderzył w tył pojazdu. Pasy były zapięte, ale uderzenie na tyle mocne, by spowodować urazy głowy. Pogotowie, policja, notki. Umawiamy się, by podpisać umowę.
Ten błysk w oku. Zaraz, zaraz, skąd ja go kojarzę? Potargane włosy, dres z lampasami, adidasy. Gdzie ja mogłam go spotkać? Przechodzi obok mnie. Ciężkie piżmo! Już wiem! To on? Tak się zmienił? W sumie się nie znamy, to tylko ja zapamiętałam jego. On pewnie nawet mnie nie widział. Siedzę cicho i słucham.
Jest od dłuższego czasu bezrobotny, nie ma pieniędzy na leczenie i diagnostykę w prywatnych placówkach, więc prosiłby o wniesienie także o zwrot kosztów. Zorientowany. Standardowa procedura. Wypłata i uściśnięcie dłoni.
Jak szybko można stracić to, co się posiada. Minęły zaledwie 2-3 miesiące od kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Rozmyślanie przerwał mi kolejny telefon...
Środa, koniec dnia, telefon. "Dzień dobry! Tu Artur. Miałek kolejny wypadek. Czy możemy się spotkać? Najlepiej jeszcze dzisiaj." Patrzę na zegarek, godzina do wyjścia. "Dobrze, za 15 minut?", "Będę".
Kurtka pilotka, dresy z lampasami, sportowe obuwie i ten sam błysk w oku. Znów stłuczka. Znów nie on kierował pojazdem. Sprawcę pewnie oślepiło słońce. On nadal nie może znaleźć pracy. Tym razem uderzenie było silniejsze. Liczne stłuczenia, skęcona kostka. "Ma Pan pecha". "Niestety, nie da się ukryć." - zabłysnął w uśmiechu rzędem równiutkich, białych zębów. Umowa, ma dostarczyć dokumenty. Inny ubezpieczyciel. Procedura uruchomiona.
Piątek, godzina 7:30, jadę do pracy. Jak dobrze, że jest już wiosna. Niedługo będę mogła zatopić się w zwiewnych sukienkach i z kapeluszem słomkowym na głowie brodzić brzegiem morza, chłonąc cudną, orzeźwiającą bryzę. Poczuć zapach... właśnie, skąd zapach piżma? Odruchowo odwracam głowę. Elegancki garnitur, bordowy krawat, telefon w dłoni. I tak by mnie nie zauważył. "No hej. To co? Za 10 minut na parkingu? Wybrałeś już miejsce? Nie, tam było ostatnio. Mogą się doczepić. Dobra, to na razie!" Serce zaczęło mi mocniej bić. Próbuję poukładać myśli. Może nie chodziło o to, może to jakaś inna sprawa. Wysiadam.
Środa, południe, telefon. Miał wypadek. W piątek. A jednak! Tym razem on był za kółkiem. Czy możemy się spotkać? Co tu powiedzieć? "A ile mogę dostać tym razem?", "Musimy najpierw porozmawiać. Zapraszam, jeśli może Pan chodzić". "Mogę". "Do zobaczenia".
"Jak to tego doszło?" Ktoś wjechał w bok samochodu. On jest niewinny. Znowu. Był z nim pasażer. Ma złamaną nogę. Aha. Pytam, który to już raz. Cisza. Ponawiam pytanie. "Kilka razy." Ile to jest kilka? Trzy, pięć, dziesięć? "Powinien Pan na siebie uważać. Może warto przez jakiś czas unikać samochodu". Próbuję zażartować, wyczuć go. "Pewnie tak byłoby najlepiej. Ale szukam pracy, więc muszę się przemieszczać". "Jakiej pracy Pan poszukuje?" "Najczęściej jako handlowiec. Zazwyczaj mam wypadki, kiedy jadę na rozmowę kwalifikacyjną. I wtedy o pracy mogę zapomnieć. A z takich kwot, jak teraz wypłacają z ubezpieczeń to wyżyć się już nie da." "A kiedyś się dało?" Próbuję go podebrać. "Kiedyś wypłaty były wyższe, ale kiedyś to się..." Chrząknięcie, chyba zorientował się, że powiedział za dużo. Przyjęłam dokumenty, życzyłam dobrego dnia. Weszłam do pokoju i opadłam na fotel...
Myśli przelatują mi przez głowę z prędkością błyskawicy...
Prokuratura zajęła się jego kolegą - kierowcą. Kilkanaście spraw. Ustawki. Artur też dostał już telefon...
A mogło być tak pięknie... i ten błysk piwnych oczu...
Ile mogę dostać?
Kancelaria prawna, odszkodowania, telefon się urywa, a w uszach brzęczy niewdzięczne pytanie: ile mogę dostać?? Przypadki, wypadki, ludzkie tragedie i sposoby na zarobienie na cudzej krzywdzie, łzy wymuszone i rozpacz matki tracącej dziecko, pijani kierowcy i przewracające się na chodniku babcie.. Ile można dostać i za co? Czy pieniądze wynagrodzą wszystko? Wszelkie postaci, wydarzenia, imiona i nazwiska są fikcyjne, zbieżność wydarzeń przypadkowa.
czwartek, 28 marca 2013
poniedziałek, 25 marca 2013
Chytra baba bez zęba na przedzie...
poniedziałek, 25 marca 2013
Biały puch zaśmieca szare ulice, a mróz soczyście maluje wzorki na zlodowaciałych chodnikach. Na wsi polskiej jest jeszcze cudniej. Zabłocone koleiny zamarzając tworzą istny labirynt. Przejść ciężko, a przejechać... chyba nawet czołg miałby problemy. Nic to, to przecież tylko ukochana przez dzieci zima. Swoją drogą, zastanawiam się jak mogłam kiedyś tęsknić za tą porą roku i sankami. Brrr!
W taką oto sielankową pogodę wybieramy się do kobiety lat około 60, matki kilkorga dzieci, zamieszkałej na zabitej dechami wiosce. Brama, ba, drewniane sztachety, od dawna proszą się o renowację. Chatka na kurzej stopce z drewnianymi, stuletnimi oknami, wypaczone drzwi i ten specyficzny zapach, kiedy przekracza się próg. Stęchlizna, brud, a może bieda i smutek. Uczucie współczucia miesza się tu z niechęcią i politowaniem.
Jesteśmy tu w sprawie odszkodowania. Średni syn, Janek, zakończył swój żywot w wypadku samochodowym. Był pasażerem. Miał plany, marzenia, jak każdy młody człowiek. Nie spełni ich... Standardowe pytania, pocieszamy, wywiad, mówimy, że trzeba żyć dalej. Kierowcą był kolega. Także zginął na miejscu pozbawiając życia jeszcze jedną osobę. Miał ponad 1,5 promila alkoholu we krwi. Wracali z imprezy, pewnie w remizie. Popisywali się przed dziewczynami. One przeżyły. Pili razem. Janek trochę mniej. Mieli potańczyć, poszaleć, chcieli się zabawić. Wsiedli do auta z nietrzeźwym kierowcą.
Jak można być takim kretynem? Pić i siadać za kółko? Samobójcy się zdarzają, ale zajmować miejsca pasażera, kiedy kierowca nie potrafi powiedzieć "stół bez nóg" to szczyt głupoty, ignorancji, pychy i zaufania.. Tak, zaufania, że on da radę, że dojedziemy. Już nie raz dawał radę jechać po pijaku. Nie będziemy przecież zasuwać na piechotę! W końcu od czego jest samochód?
Telefon wykonała matka. Po pół roku od śmierci syna zadała pytanie: ile mogę dostać? Już nie płakała. Liczyła, ile potrzebuje na remont domu. Janek przecież nie pracował, nie chciał się uczyć, to siedział w domu na garnuszku u matki. Źle mu było? A teraz chociaż się do czegoś przyda. Jego śmierć przynajmniej nie pójdzie na marne.
Zbieranie dokumentacji, akt zgonu, wizyta ubezpieczyciela, wywiady, jak bardzo kochałeś brata? Jakim dobrym był synem? Jak ci go brakuje? Standardowa procedura i pierwsze wypłaty odszkodowania. Składamy odwołanie. Występujemy o wyższą kwotę. Ubezpieczyciel składa bardzo rosądną propozycję. Nie, to za mało dla drugiego syna. On chciałby więcej, przecież to był jego brat. A niech to! Negocjujemy, tłumaczymy, że przyczynienie, że w dochodzeniu może wyjść, że Janek pił z kierowcą, że wiedział, że był pijany (jak można tego nie widzieć (!)) Nie, starszy syn się uparł! To znowu do ubezpieczyciela, że się uparł i żeby coś dorzucili. Dorzucają. Matka przekonała syna. Jedziemy podpisać ugodę.
Przekraczamy próg i ten specyficzny zapach... Matka bez zębów na przedzie, trzyma się pod boki, młodszy syn stoi za nią ze spuszczoną głową. Bo ona to jednak nie wie. Bo słyszała, że można dostać więcej i ona jednak nie podpisze. Starszy syn trzyma długopis w ręku. Ma już dosyć. Chce zapomnieć o tym koszmarze. Stracił brata, pieniądze mu go nie zwrócą. On chciał od razu podpisać, ale matka... Aha, a więc to jednak ona była ta chytra. Młodszy namawia: "Mamo, daj spokój, podpisz. Ja już nie chcę zeznawać. Nie chcę iść do sądu." Matka nieugięta. "Ona do sądu pójdzie jak trzeba, bo słyszała, że więcej dają."
Wracamy koleinami. Wieczór o 16 zasłonił nam drogę całkowicie. O latarni można tylko pomarzyć. Gruch! Znowu o coś zawadziliśmy. Nic to! Klient nasz Pan! W sądzie i tak wyjdzie przyczynienie. Nie dostanie nawet połowy zaproponowanej przez ubezpieczyciela w ugodzie kwoty. Musi uiścić opłaty sądowe. Ale przecież sąsiadka mówiła, że da się wyciągnąć więcej...
Biały puch zaśmieca szare ulice, a mróz soczyście maluje wzorki na zlodowaciałych chodnikach. Na wsi polskiej jest jeszcze cudniej. Zabłocone koleiny zamarzając tworzą istny labirynt. Przejść ciężko, a przejechać... chyba nawet czołg miałby problemy. Nic to, to przecież tylko ukochana przez dzieci zima. Swoją drogą, zastanawiam się jak mogłam kiedyś tęsknić za tą porą roku i sankami. Brrr!
W taką oto sielankową pogodę wybieramy się do kobiety lat około 60, matki kilkorga dzieci, zamieszkałej na zabitej dechami wiosce. Brama, ba, drewniane sztachety, od dawna proszą się o renowację. Chatka na kurzej stopce z drewnianymi, stuletnimi oknami, wypaczone drzwi i ten specyficzny zapach, kiedy przekracza się próg. Stęchlizna, brud, a może bieda i smutek. Uczucie współczucia miesza się tu z niechęcią i politowaniem.
Jesteśmy tu w sprawie odszkodowania. Średni syn, Janek, zakończył swój żywot w wypadku samochodowym. Był pasażerem. Miał plany, marzenia, jak każdy młody człowiek. Nie spełni ich... Standardowe pytania, pocieszamy, wywiad, mówimy, że trzeba żyć dalej. Kierowcą był kolega. Także zginął na miejscu pozbawiając życia jeszcze jedną osobę. Miał ponad 1,5 promila alkoholu we krwi. Wracali z imprezy, pewnie w remizie. Popisywali się przed dziewczynami. One przeżyły. Pili razem. Janek trochę mniej. Mieli potańczyć, poszaleć, chcieli się zabawić. Wsiedli do auta z nietrzeźwym kierowcą.
Jak można być takim kretynem? Pić i siadać za kółko? Samobójcy się zdarzają, ale zajmować miejsca pasażera, kiedy kierowca nie potrafi powiedzieć "stół bez nóg" to szczyt głupoty, ignorancji, pychy i zaufania.. Tak, zaufania, że on da radę, że dojedziemy. Już nie raz dawał radę jechać po pijaku. Nie będziemy przecież zasuwać na piechotę! W końcu od czego jest samochód?
Telefon wykonała matka. Po pół roku od śmierci syna zadała pytanie: ile mogę dostać? Już nie płakała. Liczyła, ile potrzebuje na remont domu. Janek przecież nie pracował, nie chciał się uczyć, to siedział w domu na garnuszku u matki. Źle mu było? A teraz chociaż się do czegoś przyda. Jego śmierć przynajmniej nie pójdzie na marne.
Zbieranie dokumentacji, akt zgonu, wizyta ubezpieczyciela, wywiady, jak bardzo kochałeś brata? Jakim dobrym był synem? Jak ci go brakuje? Standardowa procedura i pierwsze wypłaty odszkodowania. Składamy odwołanie. Występujemy o wyższą kwotę. Ubezpieczyciel składa bardzo rosądną propozycję. Nie, to za mało dla drugiego syna. On chciałby więcej, przecież to był jego brat. A niech to! Negocjujemy, tłumaczymy, że przyczynienie, że w dochodzeniu może wyjść, że Janek pił z kierowcą, że wiedział, że był pijany (jak można tego nie widzieć (!)) Nie, starszy syn się uparł! To znowu do ubezpieczyciela, że się uparł i żeby coś dorzucili. Dorzucają. Matka przekonała syna. Jedziemy podpisać ugodę.
Przekraczamy próg i ten specyficzny zapach... Matka bez zębów na przedzie, trzyma się pod boki, młodszy syn stoi za nią ze spuszczoną głową. Bo ona to jednak nie wie. Bo słyszała, że można dostać więcej i ona jednak nie podpisze. Starszy syn trzyma długopis w ręku. Ma już dosyć. Chce zapomnieć o tym koszmarze. Stracił brata, pieniądze mu go nie zwrócą. On chciał od razu podpisać, ale matka... Aha, a więc to jednak ona była ta chytra. Młodszy namawia: "Mamo, daj spokój, podpisz. Ja już nie chcę zeznawać. Nie chcę iść do sądu." Matka nieugięta. "Ona do sądu pójdzie jak trzeba, bo słyszała, że więcej dają."
Wracamy koleinami. Wieczór o 16 zasłonił nam drogę całkowicie. O latarni można tylko pomarzyć. Gruch! Znowu o coś zawadziliśmy. Nic to! Klient nasz Pan! W sądzie i tak wyjdzie przyczynienie. Nie dostanie nawet połowy zaproponowanej przez ubezpieczyciela w ugodzie kwoty. Musi uiścić opłaty sądowe. Ale przecież sąsiadka mówiła, że da się wyciągnąć więcej...
Kto z kim przestaje...
poniedziałek, 25 marca 2013
Kobieta. Silny ból głowy, złamana szczęka, pęknięty oczodół, liczne rany i sińce. Chciałaby odszkodowanie. Na imprezie u kolegi została pobita przez znajomego kolegi. Nikt oczywiście nie reagował. Zresztą ciężko zapewne zareagować, jeśli ma się we krwi więcej, niż dopuszcza nasze polskie prawo, by stwierdzić, że jest się trzeźwym. Ona przecież siedziała z nimi na jednej kanapie i nagle ocknęła się zakrwawiona w kuchni z odłamkami rozbitej z drzwi kuchennych szyby. Dała radę podnieść się, otrzepać i napisać e-maila z pytaniem, ile mogę dostać, ale ciężej było już pofatygować się, by zgłosić zdarzenie na policji i przyznać zupełnie szczerze, że ma kiepskie towarzystwo. Ból głowy był nieznośny, ale w pamięci utkwiło, że kolega kolegi przeprosił ją. Oczywiście nie osobiście, przez kolegę, ale liczy się gest. Zapewne zrobiło mu się żal, może nawet poczuł wyrzuty sumienia. To zdecydowanie wystarczy. Fakt, że kobieta, (nawet nie wiem w jakim wieku, ale czy to ma teraz znaczenie), będzie odczuwała jeszcze długo bolesne skutki picia wódki, nie ma tu znaczenia. Brak obdukcji, brak zgłoszenia odpowiednim władzom... i odpowiedź... trudno będzie uzyskać odszkodowanie...
A przecież można było zadzwonić po pogotowie, zawiadomić policję. Kolegi kolegi już pewnie i tak nie spotka, a zdrowie ma się tylko jedno. I kto za kilka lat przytuli i pocieszy, że przenikliwy ból głowy nie pozwala usnąć? Kto zapłaci za kolejne wizyty u lekarzy i nie kończące się badania? Może poklepie po ramieniu ze współczuciem... że w złym miejscu, z niewłaściwymi ludźmi...
A mogło być zupełnie inaczej...
Kobieta. Silny ból głowy, złamana szczęka, pęknięty oczodół, liczne rany i sińce. Chciałaby odszkodowanie. Na imprezie u kolegi została pobita przez znajomego kolegi. Nikt oczywiście nie reagował. Zresztą ciężko zapewne zareagować, jeśli ma się we krwi więcej, niż dopuszcza nasze polskie prawo, by stwierdzić, że jest się trzeźwym. Ona przecież siedziała z nimi na jednej kanapie i nagle ocknęła się zakrwawiona w kuchni z odłamkami rozbitej z drzwi kuchennych szyby. Dała radę podnieść się, otrzepać i napisać e-maila z pytaniem, ile mogę dostać, ale ciężej było już pofatygować się, by zgłosić zdarzenie na policji i przyznać zupełnie szczerze, że ma kiepskie towarzystwo. Ból głowy był nieznośny, ale w pamięci utkwiło, że kolega kolegi przeprosił ją. Oczywiście nie osobiście, przez kolegę, ale liczy się gest. Zapewne zrobiło mu się żal, może nawet poczuł wyrzuty sumienia. To zdecydowanie wystarczy. Fakt, że kobieta, (nawet nie wiem w jakim wieku, ale czy to ma teraz znaczenie), będzie odczuwała jeszcze długo bolesne skutki picia wódki, nie ma tu znaczenia. Brak obdukcji, brak zgłoszenia odpowiednim władzom... i odpowiedź... trudno będzie uzyskać odszkodowanie...
A przecież można było zadzwonić po pogotowie, zawiadomić policję. Kolegi kolegi już pewnie i tak nie spotka, a zdrowie ma się tylko jedno. I kto za kilka lat przytuli i pocieszy, że przenikliwy ból głowy nie pozwala usnąć? Kto zapłaci za kolejne wizyty u lekarzy i nie kończące się badania? Może poklepie po ramieniu ze współczuciem... że w złym miejscu, z niewłaściwymi ludźmi...
A mogło być zupełnie inaczej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)