poniedziałek, 25 marca 2013

Chytra baba bez zęba na przedzie...

poniedziałek, 25 marca 2013

Biały puch zaśmieca szare ulice, a mróz soczyście maluje wzorki na zlodowaciałych chodnikach. Na wsi polskiej jest jeszcze cudniej. Zabłocone koleiny zamarzając tworzą istny labirynt. Przejść ciężko, a przejechać... chyba nawet czołg miałby problemy. Nic to, to przecież tylko ukochana przez dzieci zima. Swoją drogą, zastanawiam się jak mogłam kiedyś tęsknić za tą porą roku i sankami. Brrr!

W taką oto sielankową pogodę wybieramy się do kobiety lat około 60, matki kilkorga dzieci, zamieszkałej na zabitej dechami wiosce. Brama, ba, drewniane sztachety, od dawna proszą się o renowację. Chatka na kurzej stopce z drewnianymi, stuletnimi oknami, wypaczone drzwi i ten specyficzny zapach, kiedy przekracza się próg. Stęchlizna, brud, a może bieda i smutek. Uczucie współczucia miesza się tu z niechęcią i politowaniem.

Jesteśmy tu w sprawie odszkodowania. Średni syn, Janek, zakończył swój żywot w wypadku samochodowym. Był pasażerem. Miał plany, marzenia, jak każdy młody człowiek. Nie spełni ich... Standardowe pytania, pocieszamy, wywiad, mówimy, że trzeba żyć dalej. Kierowcą był kolega. Także zginął na miejscu pozbawiając życia jeszcze jedną osobę. Miał ponad 1,5 promila alkoholu we krwi. Wracali z imprezy, pewnie w remizie. Popisywali się przed dziewczynami. One przeżyły. Pili razem. Janek trochę mniej. Mieli potańczyć, poszaleć, chcieli się zabawić. Wsiedli do auta z nietrzeźwym kierowcą.

Jak można być takim kretynem? Pić i siadać za kółko? Samobójcy się zdarzają, ale zajmować miejsca pasażera, kiedy kierowca nie potrafi powiedzieć "stół bez nóg" to szczyt głupoty, ignorancji, pychy i zaufania.. Tak, zaufania, że on da radę, że dojedziemy. Już nie raz dawał radę jechać po pijaku. Nie będziemy przecież zasuwać na piechotę! W końcu od czego jest samochód?

Telefon wykonała matka. Po pół roku od śmierci syna zadała pytanie: ile mogę dostać? Już nie płakała. Liczyła, ile potrzebuje na remont domu. Janek przecież nie pracował, nie chciał się uczyć, to siedział w domu na garnuszku u matki. Źle mu było? A teraz chociaż się do czegoś przyda. Jego śmierć przynajmniej nie pójdzie na marne.

Zbieranie dokumentacji, akt zgonu, wizyta ubezpieczyciela, wywiady, jak bardzo kochałeś brata? Jakim dobrym był synem? Jak ci go brakuje? Standardowa procedura i pierwsze wypłaty odszkodowania. Składamy odwołanie. Występujemy o wyższą kwotę. Ubezpieczyciel składa bardzo rosądną propozycję. Nie, to za mało dla drugiego syna. On chciałby więcej, przecież to był jego brat. A niech to! Negocjujemy, tłumaczymy, że przyczynienie, że w dochodzeniu może wyjść, że Janek pił z kierowcą, że wiedział, że był pijany (jak można tego nie widzieć (!)) Nie, starszy syn się uparł! To znowu do ubezpieczyciela, że się uparł i żeby coś dorzucili. Dorzucają. Matka przekonała syna. Jedziemy podpisać ugodę.

Przekraczamy próg i ten specyficzny zapach... Matka bez zębów na przedzie, trzyma się pod boki, młodszy syn stoi za nią ze spuszczoną głową. Bo ona to jednak nie wie. Bo słyszała, że można dostać więcej i ona jednak nie podpisze. Starszy syn trzyma długopis w ręku. Ma już dosyć. Chce zapomnieć o tym koszmarze. Stracił brata, pieniądze mu go nie zwrócą. On chciał od razu podpisać, ale matka... Aha, a więc to jednak ona była ta chytra. Młodszy namawia: "Mamo, daj spokój, podpisz. Ja już nie chcę zeznawać. Nie chcę iść do sądu." Matka nieugięta. "Ona do sądu pójdzie jak trzeba, bo słyszała, że więcej dają."

Wracamy koleinami. Wieczór o 16 zasłonił nam drogę całkowicie. O latarni można tylko pomarzyć. Gruch! Znowu o coś zawadziliśmy. Nic to! Klient nasz Pan! W sądzie i tak wyjdzie przyczynienie. Nie dostanie nawet połowy zaproponowanej przez ubezpieczyciela w ugodzie kwoty. Musi uiścić opłaty sądowe. Ale przecież sąsiadka mówiła, że da się wyciągnąć więcej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz